|
|
 |
Wracając do historii Pużnik i znajdującego się tam domu na klinie trzeba powiedzieć, że po ponownym przyjściu wojsk Radzieckich w 1944 r. dni jego były policzone, tak jak dni całej wioski, choć nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.
Jakie było bytowanie mieszkańców Pużnik podczas okupacji sowieckiej i niemieckiej, naszych licznych krewnych tam mieszkających, wiem nie wiele. Niewątpliwie wieś nie odczuwała tak dotkliwie braków aprowizacyjnych jak to miało miejsce w miastach i miasteczkach. Brak żywności we Lwowie zmusił, na przykład, do odwiedzenia babci w domu na klinie przez jej siostrzenice ze Lwowa, panny Żdżańskie, które nigdy w okresie dwudziestolecia nie zahaczały o tę wieś, preferując spędzanie wakacji w znanych kurortach. Rdzenną ludność Pużnik ominęły także wywózki na Sybir. Wywieziono tam natomiast rodziny niektórych kolonistów pochodzących z Małopolski Zachodniej i Polski Centralnej, którzy w ramach reformy rolnej i parcelacji majątków rolnych po I wojnie światowej osiedlili się i pobudowali w pobliżu Pużnik tworząc dość rozrzucony przysiółek zwany Kolonią.
Matka wspominała, że babka, z domu Baziuk, z licznej rodziny zamieszkałej w Buczaczu została przysposobiona, jako kilkuletnie dziecko przez żonę Czaykowskiego Annę Dancewicz, która była bezdzietną. Babka mojej babki także była z domu Dancewicz. Po śmierci Czaykowskiego w 1886 r. Anna poślubiła Antoniego Krowickiego, wdowca po Salomei Kamińskiej, z którą miał trzech synów. Najmłodszym z nich był Karol (ur. 1868), który w 1895 r. ożenił się z wychowanicą Anny, Marią Baziuk i został moim dziadkiem po kądzieli.
Z czasem, być może od ślubu, gospodarzem w domu na klinie został Karol Krowicki i jego żona, Maria z d. Baziuk. Wydaje się jednak, że to ona „rządziła” na klinie.

Maria Krowicka (2-voto Stanisławska) z d. Baziuk 1874-1967
Matka zapamiętała fakt wielogodzinnego targowania się babci z kuzynem Baziukiem z Buczacza, który kupował u babci jałowicę. Targi ciągnęły się przy popijaniu do późna w noc. W końcu babcia sprzedała krowę i poduchę. Uzyskane pieniądze wydała na kupienie półhektarowego ogrodu przylegającego do działki, na której stał dom na klinie. Babcia wielokrotnie potem narzekała na kupca, że „zamówił” jej krowy, gdyż od tej pory hodowla krów nie wiodła się jej. Ale tytoń uprawiany na kupionej działce udawał się znakomicie.
Karol Krowicki zmarł nagle w 1906 r. Maria pozostała na gospodarstwie sama z małymi dziećmi i wiekowym teściem Antonim Krowickim. Teść zmarł w wieku 71 lat w styczniu 1909 r. To już utrwaliło się w pamięci mojej matki, jak też fakt, że urzędnicy z gminy interesowali się czy wdowa ma z czego żyć, tym bardziej, że była z rodziny szlacheckiej, co, nawiasem mówiąc, nie miało dla niej żadnego znaczenia.
Mama wspominała też, że w tym czasie znajdował się w domu dokument pergaminowy ze sznurkami i pieczęciami potwierdzający szlachectwo Krowickiego, lecz jako 9 letnia dziewczynka nie interesowała się tym zbytnio. Wie, że herb Krowickich zwał się Nowina, zaś Stanisławskich Pilawa. Certyfikat szlachecki Krowickich powędrował z domu na klinie do Stanisławowa, do mieszkającego tam Krowickiego, cukiernika i właściciela dużej kamienicy, który dowiedziawszy się od Franka Kuhna, męża Rozalii Baziuk, siostry babci, o istnieniu takiego dokumentu bardzo nalegał, aby mu go dać. I w końcu dostał. Krowicki ze Stanisławowa miał syna i córkę. Czy był spokrewniony z Krowickimi z Zalesia nie wiadomo.

Gospodarstwo na klinie nie pozostało długo bez mężczyzny. W 1909 r babcia, 35 letnia wdowa z czworgiem dzieci wzięła sobie za męża Wincentego Stanisławskiego, ur. 1 IV 1883 s. Antoniego i Karoliny Piotrowskiej. Z tego związku urodziły się jeszcze dwie córki: Stanisława w 1910 r. i Emilia w 1914 r. Wincenty poszedł na wojnę i do jej końca przebywał w niewoli rosyjskiej. Dokładna data jego powrotu do domu nie jest znana. Musiał to być najwcześniej rok 1919. Moja mama, która już była panną do wzięcia wspomina, że go nie lubiła. Może się do niej zalecał? I to mogło być powodem, że jak tylko mogła opuścić dom na klinie wyjechała (przypuszczalnie wiosną 1920 r.) do Stanisławowa i zamieszkała tam u swej starszej siostry, Filomeny, już wówczas zamężnej za Piotrem Kwiatkiem, kolejarzem, zatrudnionym w Stanisławowskiej Dyrekcji Kolei.
W Stanisławowie odnalazł ją wiosną 1921 r. Marcin Dancewicz, który wracał z urlopu do swojej jednostki wojskowej. Oświadczył się wówczas i został przyjęty.

Antonina Krowicka (Mama) 1921
Rodzice znali się w latach dziecięcych, chociaż w okresie dojrzewania nie spotykali się, gdyż ojciec wpierw uczył się w średniej szkole rolniczej w Horodence, a po jej ukończeniu wcielony został w 1917 r. do armii austriackiej i wysłany na front włoski. Po demobilizacji w grudniu 1918 r. wrócił do Pużnik, gdzie zastał całą rodzinę w łóżkach, powaloną przez hiszpankę. Zmarł wówczas 18 letni Stanisław. Inni wydobrzeli. W tym czasie spotkał ponownie Antoninę Krowicką, już 19 letnią pannę. Podczas zabawy na Trzech Króli w 1919 r tańczył z nią do upadłego. Po zabawie sam zachorował na hiszpankę, z której ledwo wykaraskał się po przeszło 6 tygodniach. A wiosną poszedł ponownie do wojska. Tym razem już do polskiego. Brakuje mi informacji o przebiegu tej służby i udziale w kampaniach wojennych naszego wojska. Pozostała jedynie fotografia:
Ojciec „jeszcze” kawaler, legionista,1921
Jego ojcu bardzo podobała się Antonina Krowicka i w listach do Marcina namawiał go, aby zwolnił się z wojska i ożenił z Antoniną, chociaż Marcin w tym czasie był zainteresowany kimś innym, także pużniczanką, Anną. Po urlopie wiosną 1921 r. zmienił zdanie i stało się, co się stać musiało. Marcin i Antonina pobrali się w Pużnikach w lipcu 1921 r. a wesele odbyło się w domu na klinie.
Ciekawy jest fakt, że w tym okresie Marcin pisywał wiersze, lub raczej rymowane wypowiedzi. O doli żołnierza, o ojczyźnie, do ukochanej, do narzeczonej, podpisując je M. Dancewicz-marzyciel. Zeszycik z tymi wierszami zachował się. Nie mogę się oprzeć zacytowaniu fragmentu jednego z nich, świadczącego jak silna była w jego pokoleniu miłość do ojczyzny.

Po napadzie UPA na Pużniki w lutym 1945 r., kiedy spalono i dom na klinie i większość wsi, mordując kilkadziesiąt osób, przeważnie kobiety i dzieci, większość pozostałych repatriowała się do Polski. Puzniczanie osiedlili się w Niemysłowicach, koło Prudnika, gdyż tam pociąg repatriacyjny zakończył swój bieg.
Relacje z tej krwawej nocy 13 lutego 1945 r. w Pużnikach znaleźć można w artykule opublikowanym w Tygodniku Prudnickim. (patrz: Agata i Franciszek Dendewiczowie: Dzieje wsi z bukowego lasu. Tyg. Prudnicki, 2004) a także w internetowym serwisie wsi Niemysłowice
Przeżycia tej okropnej nocy zapisały się też na trwałe w pamięci 7 letniej dziewczynki, Antoniny Kosińskiej, mojej siostry ciotecznej. Cała rodzina uciekła z domu na klinie do lasu, przez który szło się do przysiółku Broszniowskie. Pobiegł z nimi pies, którego wuj chciał zabić, aby szczekaniem nie zdradził ich kryjówki. Ale pies przykryty derką spał spokojnie obok opatulonych dziewczynek. Z lasu widzieli jak płonie ich dom. Pożar połączony był z wybuchami granatów, rzucanych przez napastników. Taki był koniec domu na klinie.
Następnego, lub kolejnego dnia, kiedy wszystko ucichło i kiedy wuj sprawdził, że napastnicy odeszli wszyscy wrócili na pogorzelisko i wkrótce pojechali furmanką (może konie też były w lesie ?) do Buczacza, gdzie koczując oczekiwali wiele tygodni na pociąg repatriacyjny.
Dziś Pużniki istnieją tylko na starych mapach. Na nowych już ich nie ma. Na miejscu kwitnącej sadami wsi rośnie las i gąszcz poszycia, przez które z trudem przedzierają się od czasu do czasu ci pużniczanie, którzy po kilkudziesięciu latach odwiedzają swoje miejsce urodzenia, parci nieugaszoną tęsknotą za czasem minionym szczęśliwej młodości, który odszedł w przeszłość i wkrótce zostanie zapomniany.
Mam nadzieję, że niniejsze opracowanie przyczyni się do przedłużenia pamięci o Pużnikach, wsi z której wywodzi się nasz ród.
|
|
|
|
|