|
|
 |
Moi rodzice, pochodzący z Pużnik, osiedlili się w innym miasteczku kresowym – Chodorowie. O jego historii i Chodorowianach piszę w opracowaniu „Chodorów i Chodorowianie” wydanym w 2005 r. przez wyd. DANTA, Warszawa. Pużniki znam ze spędzanych tam wakacji letnich, lecz obraz tej wsi utrwalił się mocno w mojej pamięci.
Mieszkałem u babci, matki mojej matki, Marii Stanisławskiej (z d. Baziuk, I-mo voto Krowickiej, ur. w 1874 r. w Mariampolu, zm. w 1967 w Niemysłowicach k. Prudnika).
Reminiscencje z wakacji w Pużnikach.
Podróż do Pużnik trwała prawie cały dzień. Wpierw pociągiem z przesiadką w Stanisławowie, do przystanku w Komarówce, a później furką, około 10 km. Stacji w Komarówce nie było. Pociąg zatrzymywał się przy budce dróżnika i prawie natychmiast ruszał dalej. Trzeba było czekać przy drzwiach i szybko wysiadać. Zbliżanie się do przystanku sygnalizował przejazd przez Dniestr i widok wapienników. Nie wiedzieliśmy czy były one nadal czynne, gdyż na obrzeżach kominów rosły brzózki i co roku obserwowaliśmy, że są one coraz większe.
Na „peronie”, szutrowym chodniku przy torze, czekał już na nas wuj Szymon Kosiński, którego „powóz” (furka wymoszczona słomą, przykrytą derką) stał nieopodal, na skraju gościńca w cieniu przydrożnych drzew. Konie, z którymi witaliśmy się, nie przejawiały, w przeciwieństwie do nas, oznak rozpoznania czy specjalnej radości.
Nim wyruszyliśmy w dalszą drogę odwiedzaliśmy naszych krewniaków, Ługowskich, mieszkających po drugiej stronie gościńca. Tam czekał nas w paradnej izbie poczęstunek. Izba była chłodna, dom stał w cieniu drzew. Było bardzo przyjemnie, szczególnie po kilku godzinach spędzonych w nagrzanych wagonach, dusznych, mimo otwartych okien. Zsiadłe mleko z ziemniakami lub barszcz i pierogi ruskie, którymi nas ciotka częstowała smakowały wyśmienicie. Te dania wiejskie pozostały ulubionymi na wiele lat.
Pużniki, wieś, w której mieszkała babcia, i inni krewni oddalone były od najbliższego miasteczka i przystanku kolejowego w Komarówce około 10 km. Odległość, około 10 kilometrów, dziś wydaje się niewielka, lecz droga polna była raczej trudna. Najpierw pięła się pod górę w płytkim wąwozie wyżłobionym przez wiekowe używanie tej drogi w kamienno – wapienno – gliniastym masywie, potem zjeżdżała z tego masywu zakrętami, a nie na łeb na szyję do mostu na rzece Koropiec we wsi Wełeśniów. Tu znaleźliśmy się już na nieco lepszej drodze, gościńcu prowadzącym do Monasterzysk. Następną wsią, przez którą jechaliśmy było Zalesie. Tu też mieliśmy krewnych, (Krowickich i Kosińskich) ale zatrzymywaliśmy się tylko w młynie, prowadzonym przez krewniaka lub znajomego. Wuj zabierał z młyna worek mąki. Jadąc po nas do Komarówki, zostawiał w młynie zboże na przemiał. Przy okazji zwiedzaliśmy młyn poznając zasady i urządzenia do mielenia zboża i rozsiewania mąki na różne klasy. Młyn był napędzany kołem wodnym. Wszystko to było dla nas nowe i widziane po raz pierwszy pozostało w pamięci na zawsze. Z Zalesia jeszcze kilka kilometrów drogi kamienisto-piaszczystej, wpierw pod górkę a potem z jej grzbietu w dół do widocznych już sadów i pól Pużnik.
W Pużnikach żyło się jak w oazie odseparowanej od świata zewnętrznego, z którego wieści docierały rzadko, przynoszone przez tych, którzy musieli udać się do miasteczka w interesach lub sprawach urzędowych, albo przez przybyszów i wędrowców. Ale nam, dzieciom na wakacjach (było nas kilkoro) i te wiadomości nie były potrzebne. Żyliśmy swoimi sprawami, dniem codziennym, rozkoszując się całkowitą swobodą, wyprawami do lasu, łażeniem po drzewach owocowych, przede wszystkim czereśniach i odwiedzaniem innych krewnych. Według wspomnień mojej siostry, w Pużnikach każdy był w jakimś sensie naszym krewnym. Bliższym lub dalszym. Z bliższych były rodziny naszego stryja i ciotek. Z dalszych trudno wyliczyć. Były to rodziny Krowickich, Karpińskich, Wiśniewskich, Przybyłowiczów, Stanisławskich, Kosińskich i innych.
W latach trzydziestych ub. wieku, kiedy poznawałem Pużniki zabudowania w tej wsi były rozmaite, od domów ponad dwustuletnich do powojennych, przestronniejszych i wygodniejszych, w miarę nowoczesnych. Dom mojej babci zaliczał się do tych najstarszych, ale nikt nie wie, kiedy został zbudowany. Najwcześniejsze zapisy metrykalne dot. tego domu (na klinie) pochodzą z połowy XVIII wieku. Zamieszkiwali go Czaykowscy, spokrewnieni później z Stanisławskimi i Dancewiczami. Dom mego dziadka, Antoniego Dancewicza wybudowany został przez pradziadka Mikołaja w połowie XIX w. kiedy pradziadek, dorobiwszy się na posadzie zarządcy majątku dworskiego w Kopaczyńcach, wrócił z żoną i trójką dzieci do Pużnik. O tym jak wyglądało gospodarstwo babci daje pojęcie fotografia znaleziona w Internecie:
Dom wiejski na Pokuciu, podobny do domu „na klinie”
W 1937 r. drogę z Pużnik do Komarówki odbyłem też pieszo w towarzystwie dziadka „białego”(Wincentego Stanisławskiego). Wyszliśmy na spotkanie ojca, który na kilka dni przyjechał do Pużnik na urlop. W powrotnej drodze najbardziej męczące było podejście z Komarówki na szczyt masywu za nią. Później wchodziło się w las. Teren opadał łagodnie aż do rzeki. Po jej przejściu chybotliwym mostkiem droga znowu zaczynała się wznosić i po niedługim czasie byliśmy już w partiach lasu, które znałem z wcześniejszych wypraw na grzyby. Wyszedłszy z lasu na dróżkę polną, wijącą się wśród pól, na których stały już w szeregach kopki snopów zboża, mieliśmy przed sobą Pużniki. A na pierwszym planie gospodarstwo „na klinie”.
W drodze z Komarówki do Pużnik, lato 1937. Dziadek „Biały” przypala papierosa od ojca
Mój pierwszy samodzielny powrót z wakacji odbył się z przygodami. Miałem 12 lat. W Stanisławowie przegapiłem przesiadkę, sądząc, że pociąg ze Sniatyna do Lwowa jedzie inną drogą, nie przez Chodorów. Wyratował mnie z tej opresji krewniak, Franek Kuhn, który był kolejarzem i wsadził mnie do pociągu towarowego. W pamięci utkwił także powrót z Pużnik w 1939 r. w końcu sierpnia, już po ogłoszeniu mobilizacji. Dróżnik w Komarówce powiedział, że pociąg do Stanisławowa odwołany, ale wkrótce nadjedzie pociąg mobilizacyjny. I rzeczywiście. Po chwili nadjechał rozśpiewany pociąg złożony z krytych wagonów towarowych, w których, przy odsuniętych drzwiach, tłoczyli się zmobilizowani młodzi mężczyźni. W pierwszym rzucie mobilizacji wezwano najmłodsze roczniki, tych, którzy niedawno odbyli zasadniczą służbę wojskową. Chętnie wciągnęli mnie do wagonu i pojechałem, już bez przesiadania, aż do Chodorowa. Pociąg mobilizacyjny jechał na zachód. Ówczesną praktyką wojskową było, aby poborowi pochodzący ze wschodnich terenów Polski, wśród których było wielu Ukraińców i Białorusinów odbywali swą zasadniczą służbę wojskową w jednostkach rozlokowanych na zachodzie Polski. Tam też znajdowały się jednostki macierzyste moich kompanów podróży z Komarówki do Chodorowa. Niepewność jutra zagłuszali w sobie śpiewając. Nie były to pieśni żołnierskie, lecz tęskne dumki ukraińskie.
Gospodarstwo babci, zwane „na klinie” było pierwszym od strony Zalesia. Dojeżdżając, zeskakiwaliśmy z furki i pędem biegliśmy przywitać się z babcią, dziadkiem i ciotką, którzy wychodzili na nasze spotkanie do sadu i szpaleru drzew czereśniowych znajdującego się przy tej drodze. Równie serdecznie jak krewni witał nas stary pies, burek, którego jednym z przodków musiał być owczarek podhalański. Musieliśmy też od razu obejrzeć całe gospodarstwo, sprawdzić, co się zmieniło. Na ogół zmian nie było wiele, jak to w gospodarstwie żyjącym swoim niezmiennym trybem od dziesięcioleci. Jakieś nowe ciele czy krowa w oborze, nowy bróg na siano czy nowo wybudowana suszarnia tytoniu.
Cieszyłem się i uganiałem po gospodarstwie jak młody żrebak, wypuszczony ze stajni na łąkę. Pewnego roku ta euforia wywołana przyjazdem do babci zakończyła się dość tragicznie. Biegając po sadzie uwiesiłem się na żerdce w sadzie, robiąc kołyskę. Żerdka nie wytrzymała i pękła mi nad nosem raniąc dotkliwie. Zagoiło się szybko, lecz pamiątka tego zdarzenia w postaci małej blizny i skrzywionej przegrody nosowej pozostała na zawsze.
W Pużnikach uprawiano tytoń, którego odbiorcą była fabryka w Monasterzyskach. Plantatorzy suszyli liście tytoniowe na sznurach zawieszonych pod strzechą domów i innych zabudowań gospodarczych. Takie, obwieszone girlandami liści tytoniowych ściany budynków można jeszcze zobaczyć na starych fotografiach sprzed I wojny światowej. Suszenie trwało długo a jakość surowca była bardzo różna, zależna od pogody. Dlatego w połowie lat trzydziestych fabryka wprowadziła obowiązkowe suszenie liści tytoniowych w suszarniach. Takie ujednolicenie procesu suszenia gwarantowało lepszą jakość surowca. Każdy plantator musiał wybudować sobie suszarnię. W niej suszyło się liście tytoniowe przez kilka dni w określonej temperaturze podtrzymując ogień w palenisku tak, aby nie przekroczyć ustalonej temperatury w zamkniętym pomieszczeniu wypełnionym sznurami z liśćmi tytoniowymi. Pilnowaniem tego procesu zajmował się dziadek, który na stryszku suszarni miał legowisko i kilka razy w nocy wstawał doglądać paleniska. Suszenie partii liści trwało kilka dni. Po wysuszeniu liście wstępnie sortowano i wiązano w paczki. W miarę dojrzewania liści przystępowano do zbioru ich następnej partii, nawlekania na sznury i suszenia. Pierwszy zbiór zaczynał się wówczas, kiedy tytoń zaczynał kwitnąć. My, dzieci, trochę pomagaliśmy, lecz nie wiele. Odłamywanie liści z łodyg, na plantacji, czy nawlekanie na sznury łączyło się z możliwością zatruć. Liście wydzielały i sok i silny zapach. Dłonie i ubiór po zbiorze liści były oblepione czarną, smołowatą mazią. Podczas pewnych wakacji, mogło to być w 1937 r., miałem ze sobą skrzypce. Już jako tako rzępoliłem, szczególnie modne wówczas tanga i inne tańce salonowe. W czasie tych wielodniowych zajęć z przygotowaniem liści tytoniowych sadowiłem się na pobliskiej czereśni, na wygodnym konarze i grą na skrzypcach umilałem czas pracującym na murawie w sadzie. W przekazie rodzinnym pozostało już na zawsze, że w Pużnikach siadywałem na czereśni i wygrywałem na skrzypcach. Radia wówczas w Pużnikach nie było a muzyki, jedynie organowej - można było posłuchać raz w tygodniu podczas mszy niedzielnej w miejscowym kościółku. Myślę, że mimo moich, jak to dziś oceniam, niewielkich umiejętności gry na skrzypcach, słuchacze byli wdzięczni za to urozmaicenie monotonnej pracy.
W związku z moim muzykowaniem pamiętam też inne zdarzenie. W 38 r. zabrałem ze sobą skrzypce, aby ćwiczyć, a także zapewne, aby pochwalić się krewnym umiejętnością gry na skrzypcach. Za namową babci wybrałem się ze skrzypcami na zabawę wiejską w towarzystwie młodej dziewczyny, służącej babci. Takie zabawy odbywały się w różnych domach, na ogół tam, gdzie były młode panny na wydaniu. Miałem zagrać do tanga. Okazało się jednak, że jedyne tańce na tej wiejskiej potańcówce to były oberki i polki tańczone (i grane) w zawrotnym tempie. Modne w miastach tanga, fokstroty, walce angielskie itp. nie dotarły jeszcze na tę wieś. Mojego powolnego tanga nikt tam nie tańczył, ani nie zanucił. Nikt go nie znał. Bo i niby skąd. Radio jeszcze nie dotarło na tę wieś. Wysłuchano mojego rzępolenia, a potem znowu puszczono się w szaleńczy wir obertasów. Liczył się rytm a nie melodia. Wkrótce opuściłem tę zatłoczoną izbę pełną kręcących się par wypacających gorączkę młodej krwi. Pozostawiłem tam także moją towarzyszkę, która chciała się wytańczyć.
Widok tej izby zatłoczonej wirującymi parami przypomniał mi się wiele lat później (w 1967 r), w Ameryce, gdzie podczas spaceru w weekend zajrzałem do stodoły, z której dochodził rytmiczny hałas jazzowy, jak z afrykańskiej wioski. Okazało się, że stodoła zapełniona jest po brzegi młodymi parami poruszającymi się w szalenie szybkim rytmie muzyki rockowej. Wszyscy byli jak w transie. W tańcu chocholim. I wszyscy byli młodsi ode mnie. Dwukrotnie, albo i więcej. Następne pokolenie przeżywało swoją gorączkę krwi i fascynację płcią odmienną.
Na drugim końcu wsi mieszkał mój drugi Dziadek, Antoni Dancewicz zwany „Czarnym”, gdyż do końca życia zachował czarne włosy. Miał maleńką bródkę, przycinaną w szpic i wąsy. Dziadek „Czarny” był kowalem. Nie wiem gdzie uczył się kowalstwa. Być może, gdzieś w świecie, skąd przywiózł też i do końca życia (zmarł w wigilię 1936 r.) zachował sposób zachowania się i ubierania. W niedziele do kościoła obowiązkowo a także okazyjnie nosił czarny melonik zwany habikiem i sztuczkowe spodnie. Był artystą w swoim zawodzie, Nie ograniczał się do kucia koni, czy nakładania obręczy na koła. Jego wykonania kuty, zdobny krzyż stał u wejścia na cmentarz. Stał długo jeszcze po tym, jak ślad po cmentarzu, zrównanym przez Ukraińców z ziemią zniknął. W latach 60 – 80 ub. wieku widzieli go pużniczanie odwiedzający miejsce swego urodzenia i obowiązkowo cmentarz, którego jedynym śladem był właśnie krzyż żelazny wykuty przez dziadka „czarnego”.
Od czasów pierwszej wojny światowej dziadek ”czarny” był wdowcem. Babcia, Marcela Karpińska z domu, zmarła na szybko postępującą gruźlicę w styczniu 1914 r. Wraz z dziadkiem mieszkały jego dzieci: młodszy brat naszego ojca, stryj Władysław oraz dwie młodsze córki: Emilia i Katarzyna. Władysław, również kowal, pracował z dziadkiem. Ożenił się z Joanną Frydryk we wrześniu 1921 r. Miał troje dzieci: Stanisława, mego równolatka, Stefanię, równolatkę Urszuli i kilka lat młodszą Kazimierę. Emilia, która wyszła za mąż za Antoniego Wiśniewskiego miała też troje dzieci, trochę młodsze od nas: Józka, Jankę i Staszkę. Ale te dzieci nie liczyły się jako kompani do zabaw. Były to często zabawy na pastwisku gminnym zwanym Tłoką, znajdującym się między Pużnikami a Nowosiółką. Za Tłoką był lasek. Do Nowosiółki nie zapuszczaliśmy się. Według Staszka groziło to oberwaniem guza od tamtejszych chłopaków. Ksenofobia istniała wśród dzieci i młodzieży. U starszych chyba nie. Nowosiółka nosiła ten sam charakter co Pużniki. Była to wieś o korzeniach szlacheckich, gdzie wiele rodzin było spokrewnionych z pużniczanami.
Zarówno stryjenka Joanna jak i ciotka Emilia były niezwykle serdeczne dla nas, „dzieci miastowych”. Spragnionym po zabawie serwowały często chłodne, wprost z piwnicy, zsiadłe mleko, którego nie piło się, lecz jadło łyżką, było prawie tak sztywne jak galaretki owocowe.
W 1937 r. podczas krótkiego urlopu ojca spędzanego w Pużnikach wykonałem kilka zdjęć amatorskich, bardzo podłej jakości. Dziś, jako jedyne zachowane pokazują one naszych bliskich krewnych z tamtych dni. Rodzinę stryja Władysława Dancewicza i ciotki Emilii z d. Dancewicz.

Pużniki 1937. Staszek Dancewicz, wuj Antoni Wiśniewski, ojciec, stryj Władysław Dancewicz, Stefka Dancewicz, ciotka Emilia Wiśniewska (z d. Dancewicz) z synem Józkiem i córkami-Stasią na ręku i Janeczką, przy kolanach stryjenki Joanny
Ciotki Katarzyny z d. Dancewicz już wówczas nie było w Pużnikach. Wcześniej wyszła za mąż za wdowca i inwalidę wojennego, Kwiatkowskiego z Monasterzysk
Byłem, jak mi się wydaje, najbardziej kochanym wnukiem babci, która cieszyła się z moich postępów w nauce i której często musiałem czytać książeczki z bajkami, jak tylko opanowałem tę umiejętność. Pamiętam, że O sierotce Marysi i krasnoludkach czytałem kilka razy. Zdarzyło się tak, gdyż przez kilka dni musiałem pozostać w łóżku z powodu choroby. Była to świnka albo różyczka – wysoka temperatura. Napar z kwiatu lipowego jako lekarstwo. Oraz wizyta sprowadzonej przez babcię znachorki, która pozakrywawszy okna paliła jakieś zioła, których wonnym dymem okadzała mnie, mrucząc pod nosem zaklęcia, aby odpędzić chorobę. I poiła okropnie gorzkim wyciągiem ziołowym. Nie wiem, co z tych czynności pomogło. Najprawdopodobniej zioła, a nie zaklęcia. Fakt faktem, że wkrótce wydobrzałem i po kilku dniach znowu znalazłem się na dworze, na słońcu, wśród drzew.
Za podwórkiem i obok spichlerza była pasieka. Ogrodzona dokoła wysokim płotem z gęsto plecionych gałęzi grabowych. To było królestwo dziadka białego. Miał tam kilkanaście uli, może więcej, a przed nimi kilkanaście a może więcej krzewów róż wysokopiennych, każda inna. Musiały być piękne, jeśli do dziś mam przed oczami ten widok róż i rząd uli pod daszkiem. Zadaszona była tylna część tej pasieki i boczna. Pod boczną Dziadek urządził sobie pryczę i często tam nocował. My, dzieci, też z tego wyrka korzystaliśmy, w dzień, najczęściej deszczowy. Wyrko było tak obszerne, że mieściliśmy się tam wszyscy i gadu gadu.
Oczekiwane z niecierpliwością było miodobranie. Objadaliśmy się wówczas miodem do nieprzyzwoitości. Aż dziw, że nie chorowaliśmy po tym.
Mieliśmy też inną „metę”. Wypełniony sianem solidny bróg, świeżo wybudowany. Na tym sianku mieliśmy derkę i tam często przebywaliśmy oraz spaliśmy, budzeni wczesnym słońcem lub burzą i błyskawicami w nocy. W 1935 r. obudził nas pewnej nocy hałas i jasne niebo na horyzoncie, chociaż wokół była ciemna noc. To pożar, gdzieś na drugim końcu wsi. Tam gdzie mieszkał dziadek „Czarny”. Obudzeni, wyraźnie widzieliśmy strzelające wysoko w niebo płomienie. Chciałem zaraz tam biec. Ale mnie nie puszczono. Poszli mężczyźni, aby pomóc w zwalczaniu pożaru. Ja poszedłem dopiero rano, kiedy wrócił wuj i powiedział, które gospodarstwa się spaliły. Szczęśliwie nie było wśród nich domu dziadka. Spaliło się kilka domów po przeciwnej stronie drogi, umiejscowionych głęboko w sadzie. Noc była spokojna, bezwietrzna, więc pożar nie rozprzestrzenił się.
Dziadek „Biały” dzielił swoją pasję hodowcy róż z miejscowym proboszczem, Chmielewskim. Często go odwiedzał zabierając mnie ze sobą. No i obowiązkowo towarzyszyłem dziadkowi w jego funkcji kościelnego w niedziele. Wiązało się to z tym, że mszę wysłuchiwałem w drzwiach zakrystii, podobnie jak miejscowi dziedzice folwarku. W ich córce, blondynce o niebieskich, ogromnych oczach śniłem często. Czekałem na niedzielę. Ale nie byłem na tyle śmiały, aby się z nią poznać bliżej.
Bardziej swojsko czułem się w towarzystwie córki innego kompana dziadka od pszczół, kolonisty o nazwisku Kania. Był on jednym z grupy galicyjskich rolników, którzy skorzystali z atrakcyjnych warunków parcelacji majątków w ramach reformy rolnej po I wojnie światowej. Miał spore gospodarstwo, zdrenowane pola, sadzawkę z hodowlą karpi, 5 córek i na koniec wreszcie upragnionego dziedzica. Zaprowadzał pasiekę i przychodził do dziadka po instruktaż. Słysząc, że ma jeziorko poprosiłem dziadka, aby mnie zabrał tam. Brakowało mi w Pużnikach wody do pływania i kąpieli. Jeziorko okazało się płytką sadzawką o bardzo mulistym i zarośniętym dnie. Było dobre do hodowli karpi, lecz nie nadawało się do kąpieli. Była niedziela. Gospodarze podejmowali nas wielce gościnnie. I oprowadzali po gospodarstwie, chwaląc się jego wyposażeniem w maszyny, które robiło na mnie duże wrażenie. Musiało to być w 1937-38 roku, gdyż interesowałem się dziewczynami i druga z kolei Kaniówna, o złocistych włosach, niebieskooka, lekko piegowata wpadła mi w oko. Może starsi to zauważyli. Wkrótce dziewczyna odwiedziła nas i spędziliśmy kilka godzin na spacerze i pogawędce. O zmierzchu odprowadzałem ją. Między wsią a domami kolonistów były pola, jeszcze przed żniwami. Zboże nas skryło i zbliżyło, lecz nic z tego nie wynikło. Dziewczyna nie dała się nawet pocałować. Pozostała i utrwaliła się w pamięci, szczególnie wobec tragicznego losu, jaki spotkał kolonistów pużnieckich. W 1940 r. zostali wywiezieni na Sybir. Nie wszyscy wrócili. Z tych wywiezionych pochodziła też bohaterka bitwy pod Lenino Aniela Krzywoń, córka Tadeusza.
W 1937 roku zakończyła się też zażyłość dziadka białego z proboszczem. Episkopat, mimo protestów mieszkańców wsi, przeniósł proboszcza do innej parafii, lub na emeryturę, a do Pużnik przyjechał młody ksiądz, który nie pasjonował się hodowlą róż. Dziadek nadal pełnił funkcję kościelnego.
Ustępującego proboszcza odprowadzała do granic wsi duża gromada mieszkańców z chorągwiami i śpiewem, oraz lamentami kobiet rozpaczających jak po utracie bliskiej osoby, którą ksiądz ten, Józef Chmielewski niewątpliwie był. Przybył do Pużnik z Rosji w 1918 r uciekając przed bolszewikami. Przez 20 lat zasłużył się niezmiernie dla rozwoju wsi, jej życia gospodarczego, społecznego i kulturalnego inicjując powstanie kółka rolniczego, kasy Stefczyka, zlewni mleka, szkółki tkackiej, chóru, kółka teatralnego orkiestry itp. Droga wiodła obok gospodarstwa na klinie, więc my wszyscy także dołączyliśmy do tej procesji, towarzysząc księdzu aż do następnej wsi, do Zalesia.

Zadumany na przyzbie domu na klinie, 1937 lub 38
Beztroski czas wakacyjnych zabaw w Pużnikach zbliżał się do końca. Sierpień 1939 r. był ostatnim spędzonym w Pużnikach. Groźba wojny stawała się coraz bardziej realna. Wierząc patriotycznej propagandzie nie zdawałem sobie sprawy, co nas czeka. Myślę, że nie tylko ja, chłopak 17-letni. Inni, także dorośli, nie spodziewali się tak szybkiego i totalnego załamania się naszej państwowości. A przede wszystkim napaści Związku Radzieckiego, co nie było chyba brane pod uwagę przez nasze władze.
We wrześniu, na krótko, odwiedziliśmy Pużniki, jeszcze raz. Wkrótce, po wybuchu wojny, ulegając powszechnej panice, wobec powtarzających się nalotów i bombardowań węzła kolejowego w Chodorowie i transportów uciekinierów z zachodu, uciekliśmy i my przed spodziewanym nadejściem wojsk niemieckich. Sielskość tej ostatniej, kilkudniowej wizyty w Pużnikach nie wskazywała na to, że nasz świat się kończy. Że nadchodzi czas cierpień i trwogi, że nagle przestajemy być wolnym narodem, że z dnia na dzień zostaniemy zepchnięci do roli niewolników.
Właściwie nie wiem, dlaczego rodzice zdecydowali się uciekać. Sądzili, że w rodzinnych Pużnikach będzie bezpieczniej? Że niemieckie wojska tam nie dotrą? Faktycznie, nie dotarły. Przybyły natomiast oddziały armii czerwonej.
Drugiego lub trzeciego dnia po przyjeździe, ze zdziwieniem obserwowaliśmy nisko lecące w kierunku południowo-wschodnim samoloty z biało czerwonymi szachownicami na skrzydłach. Zaś następnego dnia pojawili się żołnierze armii czerwonej. Przez wieś i drogą obok domu na klinie wlokła się piechota. W żadnym szyku – bezładna gromada utrudzonych żołnierzy licho ubranych, z marnym ekwipunkiem (worek przewieszony przez jedno ramię, na drugim zaś karabin na sznurku). Byli spoceni i spragnieni wody. Dzień był upalny a oni w obszarpanych szynelach, będących niewątpliwie dodatkowym utrudnieniem w marszu. Nie wchodzili do domu. Wodę podawaliśmy im wynosząc w dzbanach przed bramę. Poszli dalej. Żaden oddział nie pozostał we wiosce.
Co będzie dalej? To pytanie nurtowało wszystkich. W każdym razie dorosłych. Nas, nastolatków może mniej. Szczególnie wobec tego, że zebrani na ulicy przy kościele późnym wieczorem w mieszanym towarzystwie oddawaliśmy się typowym rozmowom nawiązującym, co i rusz do seksu. Wierzyliśmy, że armia czerwona zdąża na front, aby bić się z Niemcami. Nie zastanawialiśmy się, co z tego wyniknie. Bardziej interesowało nas, co się może zdarzyć tu i teraz. Dziewczęta kusiły, zapraszając do przyległego sadu, pogrążonego w mroku, w którym co i rusz znikała jakaś para.
Następnego dnia zapadła decyzja. Wracamy do domu, do Chodorowa. Wuj Kosiński wyszykował wóz obciążając go dodatkowo płodami rolnymi, a przede wszystkim wspaniałymi owocami, których zawsze w Chodorowie nam brakowało, gdyż żadne jabłka ani gruszki nie były tak dobre jak te z babcinego sadu. I pojechaliśmy, żegnając się z bliskimi i znajomymi, nie wiedząc, że już nigdy nie zobaczymy Pużnik.
Jazda powrotna do Chodorowa przebiegła bez większych kłopotów, pomijając siąpiący deszcz i częste zatrzymania spowodowane przejazdami oddziałów wojskowych. Tu, na drogach bitych, a nie polnych jak w Pużnikach, widać już było liczne oddziały artylerii, czołgi, dziesiątki samochodów. Wszystko to zdążało na zachód. Lecz nic nie słyszeliśmy o jakichkolwiek działaniach bojowych. Nie widzieliśmy samolotów niemieckiej Luftwaffe, które tak zaciekle bombardowały w pierwszych dniach wojny węzeł kolejowy w Chodorowie. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że Armia Radziecka po prostu zajmuje wschodnie tereny Polski, zaś Armia Niemiecka wycofuje się za linię demarkacyjną, linię podziału naszego kraju na część zachodnio – centralną, okupowaną przez Niemcy i część wschodnią, zajmowaną przez Związek Radziecki.
Z wrodzoną komunistycznym władcom Rosji perfidią głosili oni, że tereny te „wyzwalają” z pod jarzma Pańskiej Polski. Że tereny te zamieszkują głównie Ukraińcy i Białorusini, a właściwa ich przynależność państwowa to Ukraina Radziecka i Białoruś Radziecka.
Wuj, po odpoczynku, powrócił szybko do Pużnik. My zaś próbowaliśmy, bez powodzenia zresztą, nawiązać do przedwojennego życia. Bez powodzenia, gdyż sowieci wprowadzili wkrótce swoje porządki prawne i zasady funkcjonowania społeczeństwa w zmienionych zasadach ekonomicznych i rządzonego przez wszechwładnych funkcjonariuszy partyjnych a przede wszystkim przez NKWD, które w mojej opinii było znacznie groźniejsze w swoich działaniach aniżeli Gestapo.
|
|
|
|
|